Dostarczamy HUMANistycznych inspiracji - ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU! Albo od razu polub
Ucieczka z przedmieść

Ucieczka z przedmieść

Humanmag

Po latach badań okazało się, że zamiast uciekać ze śródmieść, warto je ulepszać. A im większy wpływ na okolicę mają sami mieszkańcy, tym szybciej miasta stają się bezpieczniejsze i zdrowsze społecznie.

Paulina Wilk
Wtorek, 12 Stycznia 2016

  • Skomentuj

- Jestem tam jedyną osobą bez samochodu. Nikt nie chodzi pieszo, wyobrażasz to sobie?!

– Debjani opowiada z miną osoby, która sama nie wierzy w to, co widziała. Właśnie przyjechała z Atlanty, jednego z najbardziej rozproszonych i zmotoryzowanych miast świata, gdzie wokół niewielkiego centrum rozlały się gigantyczne przedmieścia, a do najbliższego sklepu są dwie mile. Ze skąpej komunikacji miejskiej korzystają tylko najbiedniejsi, i to nie często, bo do przystanku autobusowego daleko, a chodników brak. Wszędzie duże domy, identyczne podjazdy i trwaniki, cisza i ślepe uliczki.

Kręcę głową z niedowierzaniem, tym bardziej, że obie siedzimy przy jednym z najbardziej zatłoczonych skrzyżowań Kalkuty, przez które płynie właśnie morze pieszych i dziesiątki wyładowanych ludźmi autobusów, rikszy oraz rowerów. Kto się do pojazdu nie zmieścił, rusza pieszo – po jezdni, między samochodami, przez chodniki zbudowane niedawno, a kompletnie już zrujnowane, bo bezdomni wykradają płyty, by z nich sklecić uliczne paleniska. Właśnie zapadł zmrok i intensywność tego gigantycznego miasta, liczącego ponad 20 mln osób, przybiera na sile – ludzie wylewają się z zakamarków i uliczek, wyładowane autobusy ryczą głośniej, sprzedawcy na straganach uwijają się w upale. Przyspieszają nawet weterani indyjskiej komunikacji – ślamazarne tramwaje z drewnianym podwoziem, pamiętające czasy Brytyjczyków. W tej samej chwili we wszystkich dzielnicach Kalkuty wydarza się to samo: miliony ludzi idą, przeciskają się i biegną do swych spraw. Hałas, spaliny, ciasnota przekraczają wszelkie normy. A jednak mieszkańcy Indii są szczęśliwsi niż ludzie w Atlancie. I mimo ekstremalnych wręcz realiów bywają też zdrowsi.

Zadowolenie, dobra kondycja są w miastach odwrotnie proporcjonalne do tego, co nazywamy komfortem. Choć modelem szczęścia pozostaje dom pod miastem i dojeżdżanie do pracy samochodem, lawinowo przybywa dowodów, iż jest to jeden z najbardziej unieszczęśliwiających modeli życia. W USA, gdzie autostrady wdzierają się do serc miast i mają zapewniać szybki dojazd z przedmieść, widać to najwyraźniej. Godziny spędzane w samochodach wywołały masową otyłość, wieczory i weekendy spędzane w rezydencjach, bez kontaktu z sąsiadami, poczucia mobilności i zmienności, wywołują epidemię depresji i osamotnienia. A jest jeszcze stres związany z utrzymaniem tego kosztownego i – jak się okazuje smutnego - życia na kredyt. 

Wbrew pozorom radość znacznie częściej deklarują ci, którzy jeżdżą do pracy komunikacją miejską, rowerami lub chodzą. Ponieważ więcej są w ruchu, ich serca i kręgosłupy otrzymują odpowiednią dawkę gimnastyki, ciało produkuje endorfiny, a choroby związane z nadciśnieniem i nadwagą dotyczą ich rzadziej. Bycie wśród ludzi daje poczucie sensu, a mieszkanie w dzielnicy, z której można pieszo dotrzeć do kin, sklepów, boisk i parków zwiększa poczucie wolności i satysfakcji. W dzielnicach małych sklepów, placów zabaw, skwerów i urzędów wskaźniki depresji, nawet w starości, są niższe niż w strefach willowych i blokowiskach. Po latach badań okazało się, że zamiast uciekać ze śródmieść, warto je ulepszać. A im większy wpływ na okolicę mają sami mieszkańcy, tym szybciej miasta stają się bezpieczniejsze i zdrowsze społecznie. 

Na przekór planistom, którzy od początku XX w. projektowali metropolie podzielone na obszary o różnych funkcjach, ludzie najlepiej czują się w środowisku mieszanym, czyli tam, gdzie wszystkie kluczowe potrzeby mają w zasięgu spaceru. Bo swobodne chodzenie po przestrzeni publicznej, nawet zatłoczonej czy brzydkiej, ale wspólnej i otwartej, jest podstawowym prawem mieszkańców. I najpowszechniejszą, darmową formą aktywności fizycznej, wspaniale wręcz zwiększającą zadowolenie z życia.

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich trwają gorączkowe poszukiwania szczęśliwego, zdrowego i ekologicznego miasta. Na piaskach pod Abu Zabi wyrasta Masdar – eksperymentalne miasteczko przyszłości, w którym... obowiązuje zakaz ruchu kołowego. Wszędzie chodzi się pieszo wzdłuż wąskich alejek i małych, zacienionych skwerów. Życie rozwija się w małej skali, zgodnie ze starą prawdą o tym, że nawet na pustyni ludzie do szczęścia i zdrowia potrzebują jednego - bliskości. 

Paulina Wilk (1980)

publicystka, pisarka, dziennikarka prasowa. Publikuje m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym” i „Kontynentach”. Przez wiele lat związana z „Rzeczpospolitą”, współpracuje z TVP Kultura i Polskim Radiem. Jest autorką nominowanej do Nagrody Literackiej Nike książki „Lalki w ogniu. Opowieści z Indii” (2011), autobiograficznej opowieści o dzieciach transformacji „Znaki szczególne” oraz serii bajek dla dzieci o Misiu Kazimierzu. Jest współzałożycielką Fundacji „Kultura nie boli”, wicedyrektorem Big Book Festival i współwłaścielką Wilk&Król Oficyna Wydawnicza.

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE