Dostarczamy HUMANistycznych inspiracji - ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU! Albo od razu polub
Cyrk z arcydziełami

Cyrk z arcydziełami

Humanmag

Cyrk jest czymś pomiędzy. Pomiędzy sztuką, marzeniem a rozrywką.

Redakcja Humanmag.pl
5 stycznia 2016

  • Skomentuj

Cyrk jest czymś pomiędzy. Pomiędzy sztuką, marzeniem a rozrywką.

Liczy się nie tylko sprawność ciała, także inne umiejętności. Wyobraźnia. Kunszt. Perfekcja. Świadomość formy. Charyzma. A nade wszystko – ryzyko.

Każdy występ, nawet taniec słoni, musi mieć dramaturgię. A występy klaunów to przecież pantomima, kategoria teatralna. Co najważniejsze – trzeba zaczarować publiczność. Trzeba sprawić, żeby widownia wstrzymała oddech, zaniemówiła ze zgrozy, przejęcia, strachu. Oraz z podziwu dla oszałamiającego piękna spektaklu.

Mniej więcej 150 lat temu artyści – wówczas spoza mainstreamu, dziś z najwyższej światowej półki – zaczęli doceniać cyrkowców. Doceniać? To mało powiedziane. Oszaleli na punkcie cyrku. Popisy pod niebem namiotu stały się inspiracjami dla prac malarskich, graficznych, czasem rzeźbiarskich. Od impresjonistów Edgara Degasa i Auguste’a Renoira, potem ich następców Georgesa Seurata, Toulouse-Lautreka, Pabla Picassa, Marka Chagalla do Bruce’a Naumana, współczesnego twórcy wideo. Nie zapominajmy też o rodakach, o tuzach plakatu: Henryku Tomaszewskim, Janie Młodożeńcu, Janie Lenicy, Waldemarze Świerzym, którzy w iście ekwilibrystyczny sposób w cyrkowych motywach zawierali aluzje do PRL-u.

Cyrk to także swoista filozofia życia. Byt jako wędrówka. Niemożność zakotwiczenia w jednym miejscu, niezgoda na nudną osiadłą egzystencję. Romantyczny mit artysty-cygana.

Jasne, za to się płaci wysoką cenę.

Każdy zna „La Stradę” Federica Felliniego, ale zapewne mało kto widział film „Miłość Elwiry Madigan” (sprzed prawie 40 lat). Melodramat opowiadał prawdziwą historię miłości młodziutkiej linoskoczki i dobrze urodzonego młodzieńca, porucznika kawalerii. Pod koniec XIX stulecia pozycje społeczne nie do pogodzenia. Więc obydwoje, aby pozostać razem, popełniają samobójstwo. Jak Romeo i Julia.

Tymczasem – show must go on…

 

Piszę to tytułem wprowadzenia do… namiotu. W nim, zamiast woltyżerek i żonglerów – kuglarstwo ze sztuką. „Vincent van Gogh Alive”, czyli na żywo.

Czyżby po odleżeniu w grobie 125 lat zmartwychwstał?

Nie, to zręczny zabieg ściemniający. Przy pomocy sztuki nieszczęsnego twórcy, który za życia nie sprzedał ani jednego obrazu, promowana jest nowa technologia Sensory 4 tm. Sprytni marketingowcy wymyślili, że najlepszą reklamą tej nowoczesnej platformy multimedialnej będzie prezentacja w cyrkowej formie. Mobilna, tania, nie wymagająca pertraktacji z muzeami czy innymi instytucjami kultury. Wystarczy wynająć kawałek gruntu i rozstawić namiot.

Można go rozbić w różnych miejscach świata. Padło na Berlin, Szanghaj, Petersburg, Florencję i Singapur. A obecnie (do połowy lutego 2016) – co za radość! – do tych wyróżnionych miast doszlusowała Warszawa.

Tymczasem nie ma się z czego cieszyć. Nietrudno przejrzeć strategię kampanii marketingowej. Po pierwsze, uderzono w miejsca, gdzie dużo ludności napływowej, niewyrobionej kulturalnie. Zarazem – spory kapitał. Zakompleksieni „nowi Europejczycy” zachwycą się, że „mistrz” trafił pod ich strzechy, nie rozróżniając oryginałów od efekciarskiej sztuczki. Skoncentrowano się również na centrach turystycznych – bowiem przybysze ze świata łatwiej dadzą się nabrać na multimedialnego van Gogha, niż wytrawni znawcy. Tacy nie potraktują poważnie plenerowego iwentu.

Póki co, propagatorzy Sensor 4 tm zbijają na van Goghu kasę. I to niezłą. Bilety zwykłe po 12 euro; w Warszawie 50 zeta.

 


Vincent nadawał się na cyrkową gwiazdę. Akrobata życiowy. Chciał być belfrem, ale uczniowie go nie słuchali, potem kaznodzieją – lecz wierni się go bali. Z kobietami miał pod górkę, podobnie jak z przyjaciółmi. Cierpiał na zaburzenia psychiczne, epilepsję, alkoholizm i syfilis. Obciął sobie ucho, w końcu zmarł w niejasnych okolicznościach w wieku 37 lat. Piękne CV dla piarowców!

Malarstwo też nadaje się dla mas – jeszcze bliskie realizmowi, lecz w szalonych kolorach. Sugestywne, ekspresyjne, efektowne. Najważniejsze – rozpoznawalne.

Zajrzyjmy do namiotu. Tamże, najsłynniejsze dzieła Holendra. Użytych jako surowiec ponadpółgodzinnego spektaklu. Obrazy poddano wielokanałowej „obróbce”. Powiększono do wielkości murali, zmultiplikowano. Wyświetlane na ścianach i suficie, napierają na widza, pulsują, pochłaniają. Do tego muzyczne tło (Vivaldi) i fragmenty listów do brata. Można się zrelaksować, jednocześnie poczuć oddech wysokiej kultury.

A że intencje autora były inne? Kogo to obchodzi? Przecież nie żyje. „Alive” jest za to technologia.

 

Monika Małkowska

Absolwentka warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Krytyczka sztuki, popularyzatorka kultury. Do 1990 roku wystawiała obrazy i rysunki, aranżowała wystawy, projektowała ciuchy, szyła patchworki. Od 1994 związana z „Rzeczpospolitą” i innymi mediami (radio, telewizja, prasa). Wykładała na Europejskiej Akademii Sztuk i w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza. W latach 2009 – 2014 prowadziła zajęcia na Wydziale Sztuki Mediów i Scenografii warszawskiej ASP, gdzie w 2011 uzyskała tytuł doktora za pracę „Niech sczezną krytycy!” Od 2013 wykłada na Wydziale Reżyserii stołecznej Akademii Teatralnej. Od 2014 prowadzi blog o kulturze MOMArt. Autorka książek o modzie, kulturze i jedzeniu. W 2015 ukazała się książka „Życie na przekąskę” (wyd. Świat Książki).


REKOMENDOWANE DLA CIEBIE

Używamy ciasteczek, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Klikając jakikolwiek odnośnik na tej stronie wyrażasz zgodę na ustawienie plików cookie.Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, zobacz naszą Politykę Cookies.

Tak, zgadzam się