Dostarczamy HUMANistycznych inspiracji - ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU! Albo od razu polub
Życie w każdym wymiarze

Życie w każdym wymiarze

Humanmag

Kiedy mówiłem – "proszę sobie wyobrazić...", zamykał oczy i imaginował sobie moje słowa. Podczas sesji zdjęciowej, po tym jak musiał objąć drzewo, ucałował je w geście przeprosin. Marek Kamiński to człowiek, który twardo stąpa po ziemi – dosłownie i w przenośni. Jego życiowe ścieżki usłane są potrzebami rzeczywistymi oraz romantycznymi. Fuzja tych dróg jest dopiero istotą jego egzystencji, bo jak sam mówi – "życie musi mieć sens."

Piotr Sawczuk
Wtorek, 24 Stycznia 2017

  • Skomentuj

Powiedział Pan "Każdego dnia rano piję zieloną herbatę gdzieś niedaleko plaży, a potem spaceruję wzdłuż morza." Pan po prostu musi chodzić...

(śmiech) Nie, nie muszę. Ja po prostu lubię chodzić. Może teraz poświęcam mniej czasu na spacery plażą niż kiedyś. Można powiedzieć, że zamieniłem poranne spacerowanie plażą na zawożenie moich dzieci do szkoły. Ale zdarza mi się chodzić, to prawda. (śmiech) Niedawno też przeszedłem ponad 4 tysiące kilometrów do Santiago de Compostela, więc teraz sobie troszkę odpoczywam.

Jako dziecko był Pan zafascynowany twórczością Juliusza Verne‘a. Napisał on między innymi: "Podróż do wnętrza Ziemi – przygody nieustraszonych podróżników". Myślał Pan wtedy, że to o Panu?

Fakt, kiedy to czytałem, chciałem, żeby dokładnie tak było w moim życiu. Chciałem się czuć tak jak bohaterowie Verne‘a, ale wtedy taki nie byłem. Później udało mi się przeżyć część przygód, które on opisywał.

fot. Adam Tuchliński
fot. Adam Tuchliński

Co Pana w tym fascynowało?

Myślę, że już wtedy odkrywałem świat, który mnie pociągał i nawet nie wiedziałem dlaczego. Taka np. łódź podwodna kapitana Nemo – to coś niezwykłego. W tych powieściach działy się ciekawe, niestworzone rzeczy i to mnie fascynowało. To bogactwo życia. Z drugiej strony lubiłem poznawać i chłonąć to, jak bohaterowie potrafili radzić sobie z sytuacjami, które ich spotkały. Pamiętam, że czytałem o tym z wypiekami na twarzy. Podczas lektury "Tajemniczej Wyspy" fascynowało mnie, kiedy bohaterowie z niczego potrafili stworzyć "jakiś" świat, zostawiając np. w kieszeni parę ziarenek pszenicy. Porywało mnie, że bohaterowie, mimo że spotykało ich wiele trudności, dawali sobie radę.

Czy teraz, z perspektywy czasu odnajduje Pan siebie w tych powieściach?

W jakimś sensie tak. Chciałbym, żeby moje życie stało się takie jak między innymi w książkach Verne‘a. Czytałem wiele książek. Moją wyobraźnię kształtowali też Albert Camus, Fiodor Dostojewski, Antoine de Saint-Exupery. W pewnym sensie odnajduję się w twórczości każdego z tych autorów, ale życie to niestety coś więcej, niż tylko bycie bohaterem powieści.

Powiedział Pan kiedyś: "Dla mnie wędrówka jest przerwą, swego rodzaju „wakacjami od życia”." A czy pozwala Pan sobie czasami na leniwe wakacje, wakacje od wędrówki? Np. leżenie brzuchem do góry na plaży?

Tego nie czuję. Nie to, że nie lubię, tylko bardzo szybko się tym nudzę. Wolę poczytać książkę, wolę się gdzieś przejść...

A to nowość...

(śmiech) No właśnie. Nawet wolę jechać samochodem. Podczas tych wakacji dwukrotnie jeździłem samochodem do Maroko. I gdybym miał wybrać leżenie brzuchem do góry na plaży i podróż samochodem do Marakeszu, zdecydowanie mniej męczyłaby mnie ta druga opcja.

Spędzał Pan w ogóle kiedyś takie leniwe wakacje?

Nie pamiętam. Może przed studiami. Ale, żeby chyba takie całkiem leniwe, to nigdy.

Dlaczego Pan się nie skusił?

Ja nie mam obowiązku ruchu, ale to nie jest moja bajka. Tak jak nie spędzałem np. wakacji tańcząc. (śmiech)

Nie lubi Pan tańczyć?

To nawet nie chodzi o to, że nie lubię. Po prostu nie można w życiu robić wszystkiego. Ja i tak robię bardzo dużo rzeczy, więc to co robię w zupełności mi wystarcza. Chociaż właśnie teraz myślę sobie, że może warto byłoby pojechać na Kubę i nauczyć się tańczyć. Dobrze. (śmiech) Ale w ogóle to tańczę... Są ludzie, którzy tańczą codziennie, spotykają się, chodzą w specjalne miejsca, żeby właśnie tańczyć. Tak np. jest w Buenos Aires.

Przenieśmy się z Buenos Aires na biegun. Powiedział Pan kiedyś, że "zdobycie dwóch biegunów Ziemi w jednym roku to spełnienie marzeń, ale nie zwieńczenie podróży". Czy ma Pan w głowie plan na jakąś podróż, po której powie Pan, "Nachodziłem się, ja już dziękuję"?

Nie sądzę. Życie polega na tym, że nie można stanąć w miejscu. Niekoniecznie chodzi tu o samo chodzenie, można podróżować np. w umyśle, ale dopóki się żyje, nie można powiedzieć "ja już wszystko zrobiłem, teraz już nic nie robię". To jest pewnego rodzaju śmierć. Ja bym wolał mieć jakieś cele, dążyć do czegoś. Moja najbliższa podróż, to będzie podróż hi-tech, superkompaktowym samochodem do Japonii. Ja zawsze unikam w życiu schematów. Bardzo ich nie lubię. Wpadanie w koleiny, którymi człowiek się toczy przez życie jest mi obce. Z Kaliningradu do Santiago de Compostela wyruszyłem pieszo. Teraz z grobu Kanta wyruszam w podróż samochodem. Chcę doświadczyć czegoś nowego, może samochodu na baterie słoneczne, różnych ciekawych rozwiązań. Wyruszam ze składanym kajakiem, nowoczesnym urządzeniem do eksploracji mórz. Tak więc szykuje się taka fajna baza wypadowa.

fot. Adam Tuchliński
fot. Adam Tuchliński

Ile taka podróż zajmie Panu czasu?

Myślę, że około trzech miesięcy. Może po drodze przyłączą się do mnie moje dzieci, także to będzie namiastka takich wspólnych, fajnych wakacji i podróży przez Rosję i Syberię, do Japonii.

A może w przyszłości wyprawa w kosmos?

Kosmos bardzo mnie pociąga. Czasami myślę o kosmosie, ale na razie na Ziemi jest tyle rzeczy do zrobienia... Branson podjął próbę stworzenia statku, który będzie latał z turystami w przestrzeń. Ten proces jest prawie skończony. Czasami się zastanawiam, czy jest możliwe, żeby prywatna organizacja – nie rządowa – skonstruowała statek, który poleci na księżyc. Z innej beczki, mój przyjaciel jest nurkiem i chcieliśmy kiedyś zrobić taki batyskaf, który umożliwi nam zanurzenie się w najgłębsze miejsce na świecie. W międzyczasie James Cameron to zrobił. Jestem ciekaw nowych technologii, chociaż nie chciałbym, żeby nowe technologie zdominowały życie. Ich sensowne użycie ma znaczenie. W przypadku moich eskapad, myślę, że byłem w Polsce jednym z pierwszych ludzi, którzy używali GPS-a, a był to rok chyba 1983. Telefon satelitarny miałem chyba w 2003 roku. Wracając do sedna, myślę o kosmosie, ale uważam, że tyle ciekawego jest tutaj na Ziemi do odkrycia, że kosmos może służyć nam do odkrywania rzeczy w sobie.

A gdyby było tak: siedzimy sobie przy herbacie, tak jak teraz, rozmawiamy i nagle dostaje Pan telefon i słyszy: "Panie Marku, jest możliwość, żeby jutro o 12 poleciał Pan na Księżyc. Mamy na to pieniądze, jest cały potrzebny sprzęt, podróż jest bezpieczna, wraca Pan na Ziemię za rok"?

Może bym się zastanowił. Zastanawiam się natomiast czasami nad inną sytuacją. Gdybym miał możliwość polecieć na Marsa – w jedną stronę, to czy bym poleciał? Powrót za rok, to jest do przeżycia, natomiast moja wizja jest do poważnego zastanowienia się. Rozważam też podróż w czasie, oczywiście gdybym mógł.

To jest chyba marzenie wielu.

Dlaczego? Myśli Pan, że wielu ludzi chciałoby podróżować w czasie? Jaka może być motywacja ludzi do czegoś takiego?

Z wielu przyczyn. Chociażby sprawdzenie numerów totolotka.

(śmiech) No tak, to mówimy o bogactwie, zarobieniu pieniędzy. Mnie bardziej fascynowałoby coś innego, żeby zobaczyć przyszłość. Z drugiej strony, jeśli byłbym gdzieś indziej, to nie mógłbym być tutaj, więc to też nie do końca jest fajne. Zastanawiam się czy w ogóle warto o tym myśleć.

Czy warto? Nie wiem, ale chcę zapytać o taką sytuację, w której musiał Pan intensywnie myśleć. Czy kiedykolwiek w podróży bał się Pan o swoje życie?

Setki razy, tysiące: lodowe lawiny, wpadnięcie w szczelinę, załamanie się mostu śnieżnego, wpadnięcie do lodowatej wody w Oceanie Arktycznym. Nieraz było bardzo ciężko. Przede wszystkim człowiek nie chce, żeby mu się coś stało. To jest motywacja. Z zagrożeniem trzeba sobie po prostu próbować poradzić. Myślę, że to, że jeszcze żyję, zawdzięczam losowi i Panu Bogu.

Jest Pan z wykształcenia filozofem. Studiował też Pan przez rok fizykę. Czy filozofia rozjaśnia Panu drogę w podróży, a fizyka ją ułatwia?

Filozofia poszerza horyzonty. Uczy myśleć nieschematycznie. Moje podróże są właśnie nieschematyczne. Filozofia, czyli poznanie różnych modeli rzeczywistości, pomaga. Większość uważa, że rzeczywistość jest jedna. Że jeśli jest A, to musi być B. Na biegunie polarnym, nasza polska rzeczywistość w ogóle by się nie sprawdziła. Zrozumienie tego, że rzeczywistość jest bardzo skomplikowana i nie można przekładać "myślenia tutaj" na "myślenie tam", ułatwia funkcjonowanie.

fot. Adam Tuchliński
fot. Adam Tuchliński

Pozostając przy chodzeniu. Panie Marku, pytanie filozoficzne, które kiedyś sam Pan zadał – skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy?

Tego nie wiem. (śmiech) Na to pytanie sam próbuję znaleźć odpowiedź. Nie na wszystkie pytania można odpowiedzieć. Może przychodzimy z tego samego miejsca, dokąd zmierzamy?

W rozmowach z Panem bardzo często pojawiają się słowa religia, Jezus, Bóg. To ważne wartości w Pana życiowej podróży?

Bez wątpienia.

Często wspomina Pan również o Biblii, że pomaga w trudnych chwilach. Czy biblia to Pana amulet podczas podróży?

Amulet, o którym Pan mówi trzeba mieć w sobie, a nie przy sobie. Teraz na przykład nie mam Biblii. Chociaż...? Mam, w telefonie komórkowym. (śmiech) Najważniejsze jest jednak to, co mamy w sobie. Medalik, różaniec, biblia - czasami pomagają. Dla mnie w takich przestrzeniach polarnych trudniej podróżowałoby się bez Boga. Ale przecież na biegunie można też spotkać ateistów. (śmiech)

Zna Pan kilka języków obcych, założył Pan fundację, jest Pan właścicielem firmy, zwiedził Pan świat w sposób niestandardowy. Czy jest coś, o czym mógłby Pan powiedzieć – "to jest dla mnie rzecz niemożliwa!"?

Wiele rzeczy jest dla mnie niemożliwych, jak np. podróż w czasie, o której rozmawialiśmy...

A z tych przyziemnych?

Staram się nie myśleć i nie rozważać takich rzeczy. Nie interesuję się nimi specjalnie. Podążam za intuicją. Z tego, że coś jest dla mnie niemożliwe, jeszcze nic nie wynika.

Czy wszystko, czego się Pan dotyka musi mieć sens? Czy może Pan przekroczyć jakąś granicę..."bo tak"?

Nie rozpatruję raczej spraw pod względem przekraczania granic, a raczej czy ma coś dla mnie sens. Przekraczanie granic może być ciekawe, jeśli wiąże się z jakimś sensem.

Pozostając przy temacie "niemożliwości", jak wyjaśniłby Pan słowo – niepełnosprawność?

Słowa często mylą. Niepełnosprawność wcale nie oznacza tego, że ktoś nie może czegoś zrobić. Na pewno jest jakaś definicja słowa niepełnosprawność i pewnie tłumaczy ją ułomność ciała, bądź umysłu. Sama ułomność może jednak niewiele znaczyć. Chodzi mi o to, że brak kończyny nie jest powodem, że człowiek nie może czegoś zrobić i zmusza go to do określonego stylu życia. Bardzo często okazuje się, że nie ciało jest najważniejsze tylko duch. Są osoby, które są skazane – niejako przez definicję niepełnosprawności na życie "drugiej kategorii", a wcale tak nie muszą żyć. Prawdziwe życie nie ma z tym nic wspólnego. Błędem jest postrzeganie tego, że jeśli czegoś brakuje, czyli nie jest się w pełni sprawnym, nie można żyć pełnią życia.

fot. Adam Tuchliński
fot. Adam Tuchliński

Pytając o definicję, chciałem nawiązać do Jaśka Meli, który mimo ułomności swojego ciała, zdobył z Panem biegun. To ważna postać w Pana życiowej podróży?

Bez wątpienia. Spędziliśmy razem prawie dwa lata. Przez jakiś czas życie Jaśka było niejako w moich rękach. Jasiek pozwolił dotknąć mi problemu niepełnosprawności i ujrzeć go w innym świetle, zająć się nim, zobaczyć z innej perspektywy i zrozumieć. To bardzo ważna postać dla mnie.

Mówi Pan o "znajdowaniu w sobie samym bieguna". Jest to pewnego rodzaju motywacja. Czy Jaśkowi też Pan w tym pomógł?

Chyba tak. Przebyliśmy z Jaśkiem bardzo trudną podróż. Udało mi się pokazać mu, że aby zdobyć biegun po za sobą, musi go najpierw znaleźć w sobie.

Od czego zacząć pracę nad sobą, żeby nam się chciało? Czy uważa Pan, że każdy nosi w głębi siebie jakiś biegun, do którego dąży?

Trzeba się przede wszystkim zaprzyjaźnić z sobą samym, wniknąć w głąb własnego ja. Przygotowując się do przygody z Jaśkiem Melą opracowałem autorską Metodę Biegun, której pierwszym krokiem jest odkrycie bieguna w samym sobie. My jako fundacja organizujemy warsztaty, spotkania, konferencje na temat motywacji. Nie odkrywamy na nich biegunów poszczególnych uczestników, ale pokazujemy jak oni mogą to zrobić sami. Uczymy różnych ćwiczeń, różnego spojrzenia na życie przez analogię z różnymi sytuacjami. Z fundacją prowadzimy także Obozy Zdobywców Biegunów dla dzieci i młodzieży, na których uczymy w jaki sposób poprzez motywację, wizualizację przyszłości i stawianie sobie celów, można umocnić poczucie własnej wartości. Poprzez miniwyprawy w wyimaginowane zakątki świata i uczestniczenie w aktywnościach ruchowych, warsztatach psychologicznych, inspirujemy, wzmacniamy i dodajemy wiary we własne siły.

Jest Pan coachem motywacyjnym. Ma Pan spotkania motywacyjne w Polsce i poza granicami. Jak Pan sądzi, dlaczego ludzie tak często tracą motywację?

Jestem człowiekiem, który przekazuje swoje praktyczne doświadczenia poprzez seminaria, konferencje. Co do ludzi, którzy tracą motywację, myślę, że w dużej mierze przyczyną jest to, że w szkole uczą się oni matematyki, chemii, fizyki, a nie uczą się jak radzić sobie z porażkami, jak osiągać cele, nie uczą się rzeczy, które w życiu są czasami dużo ważniejsze, niż wiedza, którą się później zapomina. Konieczne jest zaznaczenie, że przedmioty, które wymieniłem, są ważne, ale kluczowe w życiu jest jak to przełożyć na życie, jak radzić sobie w trudnych sytuacjach, z porażkami, jak podążać za swoimi marzeniami, co to jest marzenie, dlaczego warto mieć marzenia. Jeśli nie uczy się tego dzieci na przykładach, to nic dziwnego, że większości będzie w życiu trudno o tę motywację. Moim zdaniem, uczenie się poprzez błędy jest jednym z najbardziej nieefektywnych sposobów uczenia się. Życie jest zbyt krótkie, żeby popełniać błędy.

"Jest rozum i jest wiara. Wiara nie pokrywa się z rozumem, bo przecież nie można do końca udowodnić istnienia Boga. Trzeba w Niego uwierzyć. A żeby uwierzyć, to trzeba opuścić strefę rozumu". To są Pana słowa. Często zdarza się Panu opuszczać strefę rozumu?

Staram się jak najczęściej. (śmiech) Myślę, że przez medytację, przez bycie w ciszy. Rozum jest generalnie przecenianym narzędziem. Jest oczywiście ważny w życiu, ale często przeceniany. Ja, studiując filozofię czy fizykę, też go przeceniałem. Myślałem, że sens ma jedynie wszystko co logiczne, czyli matematyka, chemia, fizyka. Natomiast nie doceniałem poezji, medytacji – metafizyki. Później po swoich doświadczeniach życiowych, poznaniu osobiście ludzi, którzy mieli wpływ na świat, takich jak np. Stanisław Lem, który notabene powiedział "Po co mam lecieć w kosmos? Przecież cały czas jestem w kosmosie.", myślę, że strefa rozumu jest bardzo przeceniana.

Kończąc, Panie Marku, czy nie lepiej byłoby usiąść w kocu przed telewizorem i pijąc tę zieloną herbatę obejrzeć jak inni chodzą, marzną, męczą się?

(śmiech) Ależ ja też tak robię. Ja też lubię leżeć w łóżku, patrzeć, myśleć, medytować, ale to nie jest leżenie pępkiem do góry na plaży. Czym innym jest patrzenie w ogień, kominek, okno, a czym innym zorganizowane spędzanie czasu. Lubię zawinąć się w kocu, poczytać książkę, wypić zieloną herbatę, pomyśleć, albo w ogóle nie myśleć, nic nie robić. To nie jest tak, że cały czas chodzę, biegam, udowadniam, przekraczam granicę. Staram się przeżywać to życie jak najpełniej – w każdym wymiarze.

A którego wymiaru mogę Panu życzyć? Z Pana słów: "Lepsza jest mądra porażka nizż głupi sukces"?

Bardziej wolę, tak jak powiedziałem mądrą porażkę niż głupi sukces. Ale życie, na szczęście to też mądre sukcesy, a ja nie lubię schematów, czyli może mi Pan życzyć mądrego sukcesu.

W takim razie, życzę Panu samych mądrych sukcesów. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Piotr Sawczuk
Fot. Adam Tuchliński
Make-up i stylizacja: Joanna Skolimowska

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE