Dostarczamy HUMANistycznych inspiracji - ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU! Albo od razu polub
Zrozumieć świat ptaków (i nie tylko)

Zrozumieć świat ptaków (i nie tylko)

Humanmag

Ptaki zawsze były, są i będą blisko ludzi. Większość z nas nawet ich nie dostrzega, po prostu „wpisują się” w krajobraz i w świat dźwięków, który nas otacza. Zdaniem dr Andrzeja Kruszewicza, ornitologa i dyrektora warszawskiego ZOO, każdy ptak ma w sobie coś fascynującego, nawet najzwyklejszy, swojski wróbel. Warto czasem wsłuchać się w ptasie głosy. Andrzej Kruszewicz o ptakach mówi jak o ludziach. Nawet o utrudniających życie, irytujących wronach wypowiada się z sympatią i zrozumieniem...

ROZMAWIAŁA: BEATA MICHALIK
Czwartek, 4 Sierpnia 2016

  • Skomentuj

Ptaki to Pana największa pasja – prowadzi Pan w warszawskim ZOO ptasi azyl, w radiowej Trójce można regularnie wysłuchać Pana audycji przyrodniczych. Jak się to wszystko zaczęło?

Jest taka przypowieść rodzinna, że kiedy byłem bardzo mały, spałem jeszcze w łóżeczku ze szczebelkami, to kiedy płakałem, rodzice stawiali przy mnie klatkę z kanarkiem. Kiedy śpiewał, podobno byłem jak zahipnotyzowany. Ptaki były w moim rodzinnym domu od zawsze. I teraz też są. Zresztą nie tylko ptaki, ale i inne zwierzęta, i rybki. Będąc na studiach miałem w swoim pokoju w akademiku całą menażerię. Pamiętam, jak w czasie stanu wojennego dali nam 3 dni na wyprowadzkę z akademika. Musiałem swoje ptaki i akwaria z rybkami szybko gdzieś przenieść. Szukałem dla nich miejsca u różnych znajomych w Warszawie. Był problem, ale się udało. Mało tego - przy tej okazji poznałem też swoją obecną żonę.

Więc najpierw kanarki w klatce, a potem całe dzikie ptactwo Podlasia?

Mieszkałem z rodzicami na peryferiach Białegostoku, to była tzw. Hiroszima czyli Antoniuk, ulica Tuwima i okolice. Były tam wtedy dzikie łąki, były krowy i konie, a na Marczuku stawy z bardzo bogatą roślinnością, godzinami mogłem tam siedzieć i obserwować ptaki. Przy okazji łapałem ryby. Prowadziłem dokładne notatki na temat swoich obserwacji. Kontakt z przyrodą miałem naprawdę intensywny. Czasem zastanawiam się nad tamtym okresem w swoim życiu i dzisiaj wiem, że było to dobre przygotowanie do dorosłości. Bo ja od początku miałem bardzo konkretne i przemyślane plany co do tego, czym będę się zajmował w życiu. Już w dzieciństwie na przykład marzyłem, że będę pisał książki i teraz mam ich na swoim koncie około trzydziestu. I ciągle nie mam dość. Wciąż mam ogromną potrzebę dzielenia się z innymi swoją wiedzą i obserwacjami.

Zawsze w wywiadach podkreśla Pan, że relacje z ptakami mają dla Pana ogromne znaczenie...

Moje relacje z ptakami sprawiły przede wszystkim, że jestem człowiekiem z pasją – a to wzbogaca życie, sprawia, że żyjemy na wielu płaszczyznach. Słyszałem takie powiedzenie, że człowiek żyje tyle razy, ile ma pasji. Zawsze mówię, że dzięki relacjom z ptakami, zwierzętami i w ogóle przyrodą, nie przepracowałem w życiu ani jednego dnia, bo wszystko, co robię, to prawdziwa przyjemność. Jak pasja zmienia człowieka? Wyobraźmy sobie wspólny spacer dwóch ludzi leśną drogą. Jeden kocha przyrodę i wszystko, co widzi po drodze, sprawia mu radość – śpiew ptaków, źdźbła trawy, zioła. Drugi nie widzi i nie słyszy tego wszystkiego, ale przeszkadzają mu komary, słońce świecące prosto w twarz. Człowiek z pasją zawsze będzie szczęśliwszy.

fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza
fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza

I dlatego zdecydował się Pan na naukę w technikum weterynaryjnym?

Ten okres, kiedy uczyłem się w technikum weterynaryjnym w Łomży, był jednocześnie czasem, kiedy zachłysnąłem się przyrodą, ale nie tylko. Odkryłem też bibliotekę miejską, w której można było brać książki do ręki prosto z półek i przeglądać. Całe dnie spędzałem albo nad Narwią, albo w bibliotece. Skończyło się tak, że groziło mi wyrzucenie ze szkoły, miałem 260 godzin nieobecności i 6 dwój na okres. A ja przecież marzyłem o tym, żeby zajmować się zwierzętami. Miałem wtedy szczęście, bo zainteresował się mną dyrektor. Zapytał mnie, co robiłem, kiedy nie chodziłem do szkoły. Ja na to, że obserwowałem ptaki nad rzeką i czytałem książki. Udało się, zostałem w szkole, bo trafiłem na mądrego człowieka, który zobaczył we mnie potencjał. I dobrze się stało, bo ja bardzo chciałem być lekarzem od ptaków...

Jest Pan najlepszym przykładem na to, że pasję i pracę zawodową nie tylko można ze sobą połączyć, ale jeszcze stworzyć wartość dodaną, w Pana przypadku – konkretną pomoc dla zwierząt. Jak doszło do tego, że stworzył Pan w warszawskim ZOO azyl dla dzikich ptaków?

Kiedy skończyłem studia - a trwało to osiem i pół roku, ponieważ trzy razy brałem urlop dziekański, aby podróżować po świecie - miałem już wcześniej zapewnioną pracę w Instytucie Ekologii Polskiej Akademii Nauk. Muszę przy tym wspomnieć, że w czasie studiów nigdy – dosłownie nigdy nie poszedłem na wykłady... Wracając do azylu, kiedy zacząłem pracę w Instytucie Ekologii, jednocześnie współpracowałem też z Krystyną Rogaczewską i Jerzym Desselbergerem, którzy założyli azyl dla chorych ptaków w Warszawie. Opiekowałem się ptakami, a z Krystyną i Jerzym rozumieliśmy się bez słów... To oni zainspirowali mnie do tego, by próbować tworzyć azyl w warszawskim ZOO. Była połowa lat 90. Ówczesny dyrektor ZOO Maciej Rembiszewski zrozumiał, że to może być dobre dla ogrodu. Dostałem wtedy dwóch doświadczonych architektów, kartka, długopis i... już realizowałem swoje przyszłe miejsce pracy. To było wielkie wyzwanie, ale warto było. Potem w 1997 przyszedłem tu do pracy, pożegnałem się z instytutem, w którym już od dawna nie działo się dobrze. I tutaj zaczęło się układać, rozwinąłem szpital dla ptaków. Kiedy Maciej Rembiszewski miał odejść na emeryturę, obawiałem się, że azyl zostanie zlikwidowany. Dlaczego? Ponieważ weszliśmy w międzyczasie do Unii Europejskiej, a azyl nie pasował do przepisów unijnych. Zgodnie z nimi wszystkie zwierzęta w ZOO miały być wolne od chorób, a my tu mieliśmy w samym środku ogrodu szpital dla dzikich ptaków. Dwa tysiące chorych ptaków. Postanowiłem wtedy wystartować w konkursie na dyrektora i wygrałem. Trudno było poukładać relacje koleżeńskie, ale jakoś się ułożyło, chociaż był pewien opór. Ale teraz dokonaliśmy wspólnie pewnej rewolucji, zmieniliśmy system zarządzania i wygląda na to, że jest coraz lepiej.

Jak funkcjonuje azyl dla ptaków?

W tej chwili przyjmujemy 5 tysięcy ptaków rocznie, więc można powiedzieć, że azyl funkcjonuje sprawnie. Robimy więcej niż wszystkie 50 azyli w całej Polsce. Bo teraz takich azyli otwiera się coraz więcej, widać, że idea została nagłośniona i spopularyzowana. Warto wiedzieć, że przykład idzie ze USA - nowy trend, zgodnie z którym ogrody zoologiczne powinny być centrami wspierającymi przyrodę, a w szczególności faunę, nie tylko miejscami, w których można obejrzeć zwierzęta. Tak właśnie staram się prowadzić warszawskie ZOO. Aktualnie pod tym względem jesteśmy liderem w Polsce, na swój sposób ustanawiamy nowe zasady funkcjonowania ogrodów zoologicznych.

A jak to funkcjonuje? Ptaki z terenu miasta przywozi do nas Straż Miejska, specjalnie przeszkolony patrol. Poza tym chorego ptaka może do nas przynieść każdy, o każdej porze dnia i nocy. Można zostawić ochronie. Mamy taki specjalny pokój życia, gdzie przyniesiony ptak jest badany, diagnozowany. Potem albo jest operacja, albo odchów i nauka życia. Część ptaków jest wypuszczana potem na wolność, przez specjalne przejściowe woliery, np. w Poczopku na Podlasiu albo w Wejherowie. Na wolność wypuszczana jest ponad połowa ptaków, część zostaje. Rozsyłamy je czasem do ogrodów zoologicznych na całym świecie. Ostatnio wysłaliśmy bociany do USA, co było niemałym wyzwaniem logistycznym, ale udało się. Ptaki poleciały do Stanów samolotem.

fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza
fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza

Czy ptaki często chorują?

Ptaki chorują szybko, niewyraźnie, bez objawów i szybko umierają. To jest sztuka, żeby rozpoznać, kiedy ptak choruje. Na szczęście pani (nazwisko???), która prowadzi azyl, ma nadzwyczajną zdolność wyczuwania tego, poza tym jest dociekliwa, dynamiczna, ma rozległą wiedzę, zna języki. Doświadczenie zdobyła przy mnie i teraz jest w tym ode mnie lepsza. Ale cóż – marny to mistrz którego uczniowie nie przerastają, więc jeśli tutaj tak się zdarzyło, to dobrze świadczy też o mnie.

Pana praca ma też wymiar edukacyjny – prowadzi Pan programy dla dzieci w telewizji ABC, wspomniane już audycje w radiowej Trójce, liczne wywiady, w których mówi Pan o tym, co możemy, a czego nie powinniśmy robić ptakom, aby ich nie krzywdzić...

Często zupełnie nieświadomie zastawiamy na ptaki pułapki, które utrudniają im życie, a czasem zabijają. Szyby bez firanek, przeszklone werandy – ptaki mogą się o nie zabijać. Chemia w ogródku, sadzenie dziwnych, egzotycznych roślin, które później trzeba opryskiwać, nawozić, truć otoczenie. Po co? Kiedy można posadzić rodzime rośliny, nasze ptaki lepiej je rozumieją i lepiej się z nimi czują. Ja staram się w swoim ogrodzie sadzić rośliny, z których ptaki mogą mieć pożytek, a nawet jeśli coś mi zjedzą, to nie będę rozpaczał. Zjadały mi winogrona i przez 3 lata nie mogłem zrobić wina. Ale już czarnej porzeczki nie ruszają. Nie używam w ogrodzie żadnej chemii. Mam w domu kanarki, którym przynoszę nasiona i liście mniszka. W moim domu na Polesiu jest staw, w którym są żaby. Chodzę tam na bosaka, zjadam zioła, nie muszę iść do sklepu po sałatki. Myślę, że każdemu taki kontakt z przyrodą dobrze robi. Czasem myślę, że powinniśmy wszyscy zrobić krok wstecz i popatrzeć na nasze relacje ze światem przyrody, nie tylko z ptakami, obie strony by coś zyskały. Co jeszcze robimy złego ptakom... Jest jeszcze ptasi „kidnaping”, ludzie zabierają do domu młode ptaszki, które wypadły z gniazda. Nieświadomie robią im tym krzywdę, myśląc, że pomagają. A wystarczy ptaszka posadzić na trawie i to jest najlepsze co można zrobić. Minimum interwencji. Naprawdę niewiele trzeba, żeby zrozumieć świat ptaków.

Wszystko to wynika z niewiedzy i niezbyt wielu tak naprawdę możliwości dokształcania się. Są jednak książki i są takie projekty jak białostocka Sokolarnia...

Sokolarnia to piękny projekt, który pozwala pokazać społeczeństwu jak cudownymi ptakami są szponiaste. Pokazać, opowiedzieć, nauczyć poprzez różnego rodzaju aktywności, konkursy. Robiliśmy wspólnie z Sokolarnią akcję wypuszczania sokołów w Puszczy Knyszyńskiej. Takie projekty to perełki, które dają społeczeństwu szansę na poznanie tajemnic przyrody. Sokolarni jest sporo, ale przeważnie ich działalność jest bardziej komercyjna, ta na Podlasiu jest zdecydowanie edukacyjna.

Podlasie chyba w ogóle jest wyjątkowe, jeśli chodzi o ptaki. Jakie gatunki można tutaj zaobserwować?

Podczas wakacji polecam odwiedzić zbiornik retencyjny Siemianówka, również tę część od strony białoruskiej. To prawdziwy raj dla miłośników ptaków. Zobaczymy tutaj między innymi cztery gatunki rybitw, mieszkają tutaj rybołów, bielik, żurawie, bociany, pliszka cytrynowa. Można spotkać czaple białe... Siemianówka daje wręcz obłędne możliwości, przez niemal cały rok. Z kolei Białowieża to dzięcioły, w Puszczy Knyszyńskiej mamy sóweczkę włochatkę, cietrzewia. Łabędzie krzykliwe znajdziemy na każdym rozlewisku na Podlasiu. Dolina Biebrzy to prawdziwa Mekka dla miłośników ptaków, podobnie jest na Narwi. Ale ptaki to nie tylko Podlasie, również Polesie, okolice Bugu. Dobrze się ułożyło, że cała ściana wschodnia aż po Bieszczady stanowi jeden wielki kompleks parków narodowych i rezerwatów. Ale też po drugiej stronie – Rosja, Białoruś, Ukraina – mamy ogromny obszar dzikiej przyrody, jeśli ktoś szuka kontaktu z naturą, to warto tam się przejechać.

To wiemy już, gdzie jechać na ornitologiczne wakacje w Polsce, a co warto zobaczyć za granicą? Proszę poprowadzić nas szlakiem Pana licznych podróży.

Są takie miejsca za granicą – enklawy ptaków. Do niektórych zawsze chętnie wracam – Bharatpur Sanctuary w Indiach. Park Corbett w Indiach, poza tym Bhutan, podnóże Himalajów, Assam, Dolina Brahmaputry – to prawdziwy obłęd jeśli chodzi o przyrodę i ptaki. W Syczuanie warto popatrzeć na bażanty. Najlepiej obserwuje się z dróg, nie ma sensu i potrzeby wchodzić w krzaki, a tak naprawdę przy niemal każdym hotelu można znaleźć punkt obserwacyjny, więc jest to jak najbardziej dostępne dla zwyczajnych turystów. Ja zawsze, podróżując, interesuję się całym środowiskiem, kulturą, jedzeniem, rozmawiam z miejscowymi, pytam, jak i gdzie rosną przyprawy, potem je przywożę i sam wypróbowuję. Kiedyś przywiozłem z Bhutanu pieprz, który powoduje odrętwienie ust i języka, ale przy okazji daje też niepowtarzalne doznania smakowe...Chętnie eksperymentuję w kuchni, niedawno robiłem na przykład zupę z orzeszków ziemnych z curry. Wyszła wyśmienita. Ale dbam też o relacje z ludźmi, staram się jak najlepiej poznać każde ciekawe miejsce, w którym aktualnie jestem.

Jest Pan z zamiłowania podróżnikiem, ale na co dzień dyrektorem ZOO, co oznacza dużo typowo papierkowej pracy za biurkiem. Nie kusi Pana, żeby wyjść z dyrektorskiego gabinetu i pojechać gdzieś w plener, obserwować przyrodę?

Kusi i bardzo często uciekam z Warszawy. Kupiłem gospodarstwo na Polesiu, w zupełnie dzikim miejscu koło Włodawy. Mam tam 13 hektarów, własny staw z żabami i piskorzami. Bywam tam regularnie, są tam konie, wszystko czyste, ekologiczne. Mam więc swoją enklawę. Dużo jeżdżę w teren, staram się przynajmniej raz w roku zorganizować jakąś większą wyprawę. Regularnie bywam w Puszczy Knyszyńskiej, Białowieży, mam sporo takich miejsc i przyjaciół w różnych częściach kraju i świata. Niedawno byłem w Syczuanie, w Tybecie, zazwyczaj jeździmy na kilka tygodniu, w międzynarodowych grupach. Wyłączam się wtedy ze wszystkiego, żadnych maili, telefonów, tylko przyroda, ptaki, dyskusje o tym, co danego dnia zobaczyliśmy. Teraz z kolei złapałem bakcyla Tajlandii, kupiłem już bilet, wyjeżdżamy w lutym. Będzie to 5-osobowa wyprawa przyrodnicza, z przewodnikiem, prawdziwa przygoda. Podróżowanie zawsze daje mi dreszczyk emocji. Tu w Polsce już właściwie znam wszystkie ptaki, kiedy słyszę śpiew, od razu rozpoznaję gatunek. Tymczasem wejście w dżunglę to zawsze jest zagadka - nie znam tego głosu! Trzeba się skradać, podejść, potem pogrzebać w książkach. Nie zawsze znajduję odpowiedzi na wszystkie pytania, ale to mnie nie martwi, bo nie o to w tym chodzi, żeby „odhaczyć” kolejny gatunek, ale właśnie o ten dreszczyk emocji...

fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza
fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza

Ile gatunków ptaków mamy w Polsce?

Na pewno ponad 400, a lęgowych 240. Jak na skalę Europy jest całkiem nieźle. Jest kilka gatunków wymierających, chociaż staramy się temu zapobiegać. Na przykład udało się odtworzyć wymierającego bielika. Przybywa też orłów przednich. Niestety zanika kraska, podobnie jak dzierlatka. Przybywa z kolei żołny. Tak naprawdę najbardziej zagrożone są kaczki, niektórych odmian jest zaledwie kilkadziesiąt sztuk. Powody są różne – zakłócenia na trasach wędrówki, skażenie środowiska, w niektórych regionach też polowania. Na szczęście kaczki dają się łatwo hodować, więc namawiam kolejne organizacje, żeby wspomogły odtworzenie niektórych odmian.

Ma Pan swoje ulubione gatunki ptaków?

Tak, kanarki. Towarzyszą mi od zawsze, tak jak już wspomniałem – od wczesnego dzieciństwa. Uwielbiam ich śpiew, jak go nie słyszę, jest mi smutno. Mam kilka w domu, lubię jak się przekrzykują. Lubię amadyny wspaniałe, bo są po prostu piękne i kolorowe. Ze swojskich, krajowych ptaków moją ulubienicą jest zięba, zwłaszcza samce są cudowne, śpiewają pięknie. Albo makolągwa, kos, szpaki - trochę szalone, postrzelone. Bardzo lubię słuchać głosów różnych ptaków – na przykład szpaki podchwytują dźwięki z otoczenia i powtarzają. Śpiew to zaznaczenie terytorium, ale też pokazanie swojej mocy. Może być rozbudowany i skomplikowany jak u kosa, szpaka, albo perfekcyjny jak u słowika. Nie wszystkie ptaki śpiewają, ale wszystkie wydają odgłosy, tzw. substytuty śpiewu... O samym śpiewie ptaków można by ze mną przeprowadzić osobny wywiad...

Dziękuję za rozmowę

ROZMAWIAŁA: BEATA MICHALIK

fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza
fot. archiwum Andrzeja Kruszewicza

Uchronić przed wyginięciem

Spośród 36 gatunków ptaków drapieżnych żyjących w Polsce aż 14 zarejestrowano w tzw. Czerwonej Księdze Zwierząt, co oznacza, że są zagrożone wyginięciem. Aby je uratować, konieczny jest m.in. wzrost świadomości społecznej, edukacja, zwrócenie uwagi ludzi na ptaki, które mają ogromne znaczenie dla utrzymania równowagi środowiska naturalnego. Właśnie w tym celu realizowany jest projekt „Sokolarnia”, prowadzony przez Białostockie Muzeum Wsi, Oddział Muzeum Podlaskiego w Białymstoku. Projekt otrzymał dofinansowanie w ramach Funduszy Norweskich i Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego 2009-2014. Utworzono ośrodek edukacji ekologicznej. W prowadzeniu zajęć edukacyjnych niezwykle istotną rolę odgrywa możliwość pokazania żywych ptaków, dlatego też w skansenie prowadzona jest hodowla wybranych gatunków ptaków drapieżnych, a w tym zwłaszcza sokoła wędrownego. W ramach projektu „Sokolarnia” organizowane (lub planowane) są różnego rodzaju akcje edukacyjne: konkursy, festyny i pokazy z udziałem sokolników, wystawy i konferencje naukowe.

- (...) Podczas pokazu sokolniczego można mądrze prezentować naturalne umiejętności ptaków szponiastych, ich przystosowania do polowania i perfekcję zmysłów. Jest to także okazja by wspomnieć o zagrożeniach i sposobach ochrony ptaków szponiastych, jak się okazuje niezwykle wrażliwych na chemiczne skażenie środowiska. Każda inicjatywa adresowana do młodzieży, związana z poznawaniem rodzimej przyrody, zasługuje na wszelkie poparcie. Jako Podlasiak z urodzenia i ornitolog z zamiłowania deklaruję wszelką pomoc i wsparcie dla planu stworzenia ośrodka sokolniczego w okolicy Białegostoku - tak mówi o projekcie „Sokolarnia” dr Andrzej Kruszewicz.

Projekt „Ośrodek edukacji ekologicznej Muzeum Podlaskiego – sokolarnia” otrzymał wsparcie z Funduszy norweskich i EOG.

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE