Dostarczamy HUMANistycznych inspiracji - ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU! Albo od razu polub
Zawsze mi się udawało

Zawsze mi się udawało

Humanmag

Kobieta żywioł. Ciężko znaleźć kilka, a nawet kilkanaście konkretnych słów, aby opisać nimi Elżbietę Dzikowską. I nawet nie będę próbował.

Piotr Sawczuk
środa, 13 Lipca 2016

  • Skomentuj

Na rozmowę, autorka zaprosiła mnie do swojego domu, w którym podczas dwóch godzin, chociaż wydaje mi się, że trwało to 15 minut, miałem okazję przeżyć swoją pierwszą podróż dookoła świata. I to przy boku najlepszego pod słońcem przewodnika. Była to nieziemska okazja do wysłuchania historii, ujrzenia obszarów i dotknięcia przedmiotów, których doświadczenie, dane jest nielicznym.

Piotr Sawczuk: Żyje Pani na walizkach. Czy łatwo jest przez całe życie być człowiekiem w drodze?

Elżbieta Dzikowska: Ja nie jestem cały czas w drodze. Żeby udać się w drogę, muszę się najpierw przygotować, czyli potrzebny mi jest czas tu, na miejscu. Ja jeżdżę po coś, nie tylko po to, żeby zebrać te wrażenia, ale żeby się nimi później podzielić. Tak więc po powrocie muszę pracować nad materiałem, który zbierałam i realizowałam w podróżach, więc to też wymaga czasu. A poza tym to jest taki okres, który pozawala mi poznać lepiej te miejsca, w których już byłam, bo muszę naładować się wiedzą, a nie o wszystkim wiedziałam przed wyjazdem. Jestem zmuszona do rozwoju, co mi się podoba. Tak samo jak jeżdżę po Polsce, to muszę się wiele, wiele nauczyć, a to zajmuje czas. Nie jestem wciąż w podróży.

Elżbieta Dzikowska z kobietą z plemienia Ji, płd. Chiny
Elżbieta Dzikowska z kobietą z plemienia Ji, płd. Chiny

Pani Elżbieto, podróżując, czy to po świecie, czy po Polsce, chętniej wraca Pani do jakichś swoich ulubionych konkretnych miejsc na kuli ziemskiej czy raczej z większą przyjemnością stąpa Pani tam, gdzie nie była Pani wcześniej?

Różnie. Oczywiście chcę poznać nowe miejsca, to jest naturalne, ale bywa, że wracam do tych, które już znałam. W Peru byłam dwanaście razy, w Meksyku wielekroć, tak samo w Chinach, w Indiach. W tym roku wybieram się po raz trzeci do Etiopii, więc czasami pogłębiam moją wiedzę poprzez te powroty. Poznaję też nowe miejsca – zwiedzenie tak olbrzymich krajów jak Chiny czy Indie nie jest możliwe podczas jednego wyjazdu.

Wracając do Chin, to była Pani pierwsza podróż zagraniczna. To był 1957 rok. Czym Chiny z 1957 r. różnią się od dzisiejszych Chin?

Różnica jest wielka. Wówczas Chiny były bardzo przaśne. Ludzie przemieszczali się głównie rowerami, chodzili bardzo skromnie ubrani. Teraz spotyka się tam najnowsze samochody i to w znacznej mierze wyprodukowane już w Chinach, aczkolwiek obce marki. Świat jest otwarty, coraz więcej Chińczyków spotyka się na wyjazdach zagranicznych, ale także wewnętrznych. Jeszcze pięć lat temu, jak byłam na południu Chin w pięknym parku narodowym, w Kamiennym Lesie, to spotykałam tam głównie turystów zagranicznych. Wielu Japończyków między innymi. Dwa lata temu, kiedy pojechałam tam po raz drugi, to większość stanowili Chińczycy, którzy mieli aparaty, niektórzy mieli komórki, zresztą w Chinach produkuje się najwięcej na świecie telefonów komórkowych, ponoć pół miliarda. Spotykałam się z plemionami, w których nie znano pisma, nie umiano czytać, ale posługiwano się komórką. To jest właśnie specyfika tego rejonu. Widać, że Chiny się rozwijają, także pod względem architektury. Nie zawsze mi się to podoba, bo czasami ta nowa architektura powstaje kosztem starej. Pamiętam stare historyczne hutongi w Pekinie, po których dziś nie ma prawie śladu. Ale jeżeli Chińczycy coś robią, to starają się robić dobrze. Nowa architektura jest piękna. Jest to najbardziej pracowity, w moim przekonaniu, naród na świecie, a konfucjanizm ułatwia im słuchanie rządu. Konfucjusz mówił, że trzeba szanować ojca, syna, starszego i władzę. No więc myślę, że to gdzieś w genach pozostało, aczkolwiek zdarza się, że i Chińczycy się buntują, to jednak te dawne zasady konfucjańskie na pewno ułatwiają rządowi podporządkowanie ludzi.

Czy zamierza Pani jeszcze w swojej karierze podróżniczej... chociaż nie wiem czy można to nazwać karierą, czy po prostu życiem, sposobem na życie?

Życiem!

Czy zamierza Pani jeszcze wrócić w tamte strony?

Tak, oczywiście! Być może już niedługo. Jeżeli uda mi się uzupełnić poznanie pewnych regionów, wydałabym album o Chinach, bo przez wiele lat fotografuję ten kraj, ludzi, więc mogłoby to być ciekawe.

Elżbieta Dzikowska z kobietami z plemienia Desenech, Etiopia
Elżbieta Dzikowska z kobietami z plemienia Desenech, Etiopia

Jako pierwsza Polka dotarła Pani do ruin ostatniej stolicy Inków, ale też w wielu innych przypadkach docierała Pani do miejsc, w których przecierała Pani ślady turystom, do miejsc, do których cywilizacja nie dotarła.

Do Vilcabamby, ostatniej stolicy Inków dotarłam w 1976 r. z mężem, a przede wszystkim z peruwiańskim historykiem prof. Edmundo Guillenem. Była to bardzo ważna, wspaniała wyprawa. Teraz okazuje sie, że przed Inkami była tam starsza cywilizacja Wari. Może jeszcze kiedyś wrócę do Vilcabamby. Zdarza się, że bywam w miejscach, które z naszym pojęciem cywilizacji wiele wspólnego nie mają. Gdzie inaczej ludzie żyją, inaczej się ubierają, w co innego wierzą. Tak jest np. w Etiopii w dolinie rzeki Omo, gdzie byłam właśnie dwa razy. Są tam plemiona, które żyją tak jak setki, a może nawet tysiące lat temu. Podobnie w Irian Jaya na Nowej Gwinei, gdzie dotychczas nie ma dróg, tylko podróżuje się rzekami, gdzie wytwarza się jeszcze kamienne siekierki, gdzie praktycznie nie ma pieniądza, a najlepszym środkiem płatniczym jest świnia. Za świnię można kupić wszystko. A kupują m.in. muszelki, które stanowią ich podstawową ozdobę.

Kiedyś powiedziała Pani "Nie znam Ugandy, Nigerii, Wybrzeża Kości Słoniowej, nie byłam na Grenlandii, brak mi sporej części Polinezji, ale na Bora Bora i inne wyspy mam jeszcze czas – tam się nic nie dzieje, może za kilka lat zechce mi się jednak odpoczywać na plaży, wygrzać swój nadwyrężony kręgosłup." Czy wyobraża Pani sobie siebie samą na wakacjach, leżąc na plaży i koniecznie bez aparatu?

Byłam dwa lata temu w Sharm el Sheikh, w luksusowym hotelu, przez tydzień. Nigdy się tak nie wynudziłam jak tam. All Inclusive, plaża... Na szczęście przez dwa dni udało mi się coś zwiedzić. Jednego dnia wzięłam udział w wycieczce na Synaj, a innego pływałam łodzią podwodną, podziwiałam świat podmorski. Ten odpoczynek był męczący dla mnie. Wolę odpoczywać w ruchu, jeżeli mogę coś poznawać – tym lepiej.

Elżbieta Dzikowska i Tony Halik w Grecji
Elżbieta Dzikowska i Tony Halik w Grecji

Czy jest na Pani mapie świata takie miejsce, które jest dla Pani największym wyzwaniem? Do którego nie mogła Pani do tej pory dotrzeć?

Papua-Nowa Gwinea. To jest państwo po drugiej stronie Irian Jaya, które jest prowincją Indonezji. A Papua-Nowa Gwinea mnie bardzo ciągnie, ponieważ tam we wrześniu odbywa się Festiwal Sing Sing, na którym spotyka się ponad sto plemion w swoich strojach etnicznych, tradycyjnych ozdobach, maskach, biżuterii itd. I to jest wielka okazja, żeby ich poznać i zrobić zdjęcia, które są mi potrzebne albowiem wydaję albumy "Uśmiech świata", "Biżuteria świata". Obecnie jest w przygotowaniu album "Drzwi i okna świata", a w projekcie "Fryzury i nakrycia głowy" oraz "Świat, który odchodzi", czyli właśnie plemiona, które ulegają globalizacji, albo są zagrożone globalizacją. Wybieram się tam w tym roku we wrześniu, ale nie jestem pewna czy dojdzie już teraz do tej podróży...

Czy podróżowanie po całym świecie jest bezpieczne? Czytałem, że przez przypadek mogła Pani zostać żoną pewnego Meksykanina.

Przyjechałam statkiem handlowym "Transportowiec" do Veracruz. Kajutę dzieliłam z Meksykanką. W Veracruz przywitał nas jej wuj i zaprosił do swego domu. Obwoził nas po Meksyku. Potem zaprosił kapitana statku i oficerów do restauracji, a także nas i niespodziewanie poprosił kapitana o moją rękę. Powiedział, że wie, że ja się zajmuję sztuką, więc on zapewni mi odpowiednie studia, zwiedzanie kraju i nie przeszkadzało mu nawet to, że miał żonę i synka. Byłam trochę przestraszona tą sytuacją. W Meksyku są casa grande – “domy duże", legalne małżeństwo i casa chica - "domy małe", czyli "na kocią łapę". Dzieci z obu rodzajów związków mają takie same uprawnienia. W pewnym momencie się przeraziłam. Z Eliją wyciągnęłyśmy klucze w nocy ze spodni wuja, obudzilyśmy kierowcę, kazałyśmy się odwieźć na autobus i uciekłyśmy do Miasta Meksyku. On jej do końca życia tego ponoć nie darował. (śmiech)

Jeżdżąc po całym świecie, ma Pani zapewne z zanadrzu jeszcze kilka takich historii.

Mnie się wszystko w podróżach udawało, bo ja jestem w czepku urodzona, z rodziny długowiecznej, więc nie przejmuję się różnymi sytuacjami, które mi się przydarzają. Przede wszystkim, w Meksyku nierealne wydawało mi się to, że dostałam stypendium na rok od Pana Prezydenta Luisa Echeverríi Álvareza. Jechałam do Peru przez Meksyk na roczne stipendium. Akurat w Meksyku odbywał się Światowy Kongres Latynoamerykanistów, którego byłam członkiem. Po przybyciu na miejsce okazało się, że w ambasadzie czekała na mnie depesza, w której było napisane, że pani minister kultury z Peru została zdymisjonowana i moje stypendium okazało się nieważne. No to co robić? Wracam do Ojczyzny, ponieważ nie mam pieniędzy. Miałam wówczas robić też wywiad z Tonym Halikiem, którego nie zastałam telefonicznie w domu. Wtedy zaprosił mnie na obiad mój przyjaciel artysta José Luis Cuevas. Na tym obiedzie byli intelektualiści, politycy, i sam prezydent, z którym posadzono mnie przy stole. Zapytał w pewnym momencie "jakie ma Pani plany", no więc powiedziałam, że miałam jechać na rok do Peru ale, że to już nieaktualne i wracam do Polski. "A dlaczego?" – on mówi. "Przecież my też Pani damy stypendium na rok. Niech Pani przyjdzie tu i tu jutro na przyjęcie. Będzie mój rzecznik prasowy Mauro Jimenez Lascano, on wszystko załatwi." Przyszłam na spotkanie, i nie chciano mnie na nie wpuścić. Pomyślałam chwilę, wyjęłam notes z torebki, wyrwałam kartkę, napisałam liścik do prezydenta, ktoś wychodził i mu podałam. I wtedy Prezydent zaprosił mnie do środka. To było wszystko niewyobrażalne. Mauro – jego rzecznik prasowy, załatwił mi stypendium na rok. Można powiedzieć, że jest to niewyobrażalne, ponieważ zdarzały mi się rzeczy które zwykłemu dziennikarzowi nie były pisane. Pan Prezydent stale mnie zapraszał, chciał żebym poznała jego kraj. Pewnego razu zostałam zaproszona do pałacu prezydenckiego Los Pinos na spotkanie ze studentami prawa i z ministrem sprawiedliwości. Około godziny 2 w nocy prezydent apytał mnie czy chciałabym polecieć na Islas Marias. Są takie wyspy na Pacyfiku, gdzie jest więzienie bez krat, bo kratami są rekiny. Tam osadzani są najwięksi zbrodniarze. Odpowiedziałam, że bardzo chętnie, ale nie mogę, bo jestem jutro umówiona. "A z kim jest Pani umówiona?" - zapytał. Odpowiedziałam, że z Tonym Halikiem. "A może mnie Pani z nim połączyć?" - zapytał ponownie. No to połączyłam. Prezydent wziął telefon i mówi "Tu mówi Prezydent", a Tony na to "Jest druga w nocy, a Ty robisz mi takie kawały?" Wtedy ja, przerażona wzięłam słuchawkę i powiedziałam mu, że to prawda, że mówi Prezydent. Skończyło się dobrze. Luis Echeverria zaprosił też Tony'ego i polecieliśmy na Islas Marias. Tony miał dzięki temu wspaniały reportaż dla swojej sieci telewizyjnej NBC. Zdarzają się takie różne historie.

Elżbieta Dzikowska przed pomnikiem Buddy w nirwanie. Groty Dazu, Chiny, prowincja Syczuan
Elżbieta Dzikowska przed pomnikiem Buddy w nirwanie. Groty Dazu, Chiny, prowincja Syczuan

Nieodzowną częścią podróżowania jest próbowanie miejscowej kuchni w każdym zakątku. Czy jakiś charakterystyczny smak zapadł Pani w pamięć?

W Meksyku. To były pierożki z jajeczkami mrówek, które wyglądają jak ziarenka maku. Nie powiem, żeby mi specjalnie smakowały, ale chwaliłam, bo wypadało. Sprowadzono te jajeczka do stolicy specjalnie ze stanu Guerrero, a więc i pochwały musiały być sute. Najciekawszą potrawą to chyba był pieczony pyton. Jadłam go dwukrotnie w Gabonie, raz w wykonaniu miejscowego kucharza, a drugi raz przyrządził go polski misjonarz franciszkanin, kiedy dwa dni mieszkałam na misji. Ten w polskim wykonaniu smakował mi bardziej (śmiech).

Przemyca coś Pani z tego co poznała, tu, do swojej kuchni w Polsce?

Przywożę przyprawy, a przepisy niekoniecznie. Nie lubię np. curry, więc hinduska kuchnia niezbyt mi odpowiada. Bardzo lubię kuchnię chińską, kuchnię włoską i sama mam wyobraźnię kulinarną, wiem co z czym łączyć. Czasami bez przepisu powstają nowe wydarzenia kulinarne.

Gdyby miała Pani spojrzeć globalnie na całość swojego podróżowania, czy byłaby Pani w stanie powiedzieć, gdzie spotkała się Pani z największą biedą, a gdzie z największym bogactwem na świecie?

Niewątpliwie Azja Południowa jest bardzo biedna. I Afryka. Z biedą spotkałam się też w krajach Ameryki Łacińskiej w Ekwadorze i w Peru. Natomiast z bogactwem? ...wszędzie są bogaci ludzie, ale jakże ich niewiele....

Zawsze były mi bliskie właśnie te kraje biedne, biedne, ale życzliwe. Co jest najciekawsze i ujmujące, że w Azji południowo-wschodniej, która jest znacznie biedniejsza od naszej ojczyzny, ludzie są uśmiechnięci, bardziej otwarci, życzliwi. Zawsze powtarzam, że uśmiech to najkrótsza droga do serca. Polakom będzie lepiej jak będą mniej narzekać, a więcej się uśmiechać. Dlatego też wydałam album "Uśmiech świata", były wystawy. Jestem przekonana, że to co mówi Ghandi, że uśmiechając się dajesz tak wiele, a nie tracisz nic, to są dobre słowa.

Elżbieta Dzikowska wśród wojowników plemienia Konyak, Indie, prowicja Nagaland - podczas Święta Tukana
Elżbieta Dzikowska wśród wojowników plemienia Konyak, Indie, prowicja Nagaland - podczas Święta Tukana

“Największą zmianą, jaka dokonała się w trakcie mojego półwiecznego podróżowania było to, że z dziennikarza odkrywającego miejsca dziewicze zmieniłam się w dziennikarza pokazującego świat, który zanika". To również Pani słowa. Dużo jest jeszcze tego dziewiczego świata?

Coraz mniej, bo wszędzie już dociera internet, wszędzie są komórki, globalizacja zagraża temu światu. Ale czy to źle? My byśmy chcieli oglądać tych ludzi, te plemiona żyjące w tradycyjny sposób, ale one jak widzą w telewizji, że można mieć lodówkę, światło, samochód i lepszą drogę, to nic dziwnego, że do tego dążą. Ja się nie dziwię, aczkolwiek szkoda mi było, kiedy pojechałam do Indian Lakandonów na południu Meksyku, gdzie kiedyś byłam z Tonym. Widziałam jak uprawiają pola takim zaostrzonym kijem koa, jak chodzą w długich sukniach, które robili z kory drzewnej, jak mają swoją świątynię i swoich kapłanów. Potem jak przyjechałam, żeby zrobić zdjęcie pracy w polu przy pomocy kija, to już musiałam za to zapłacić, bo było to już tylko na pokaz. Prowadziła tam już normalna szosa, a pierwszy raz leciałam awionetką. Było to niedostępne plemię. Świątyni już nie ma ponieważ zostali nawróceni przez protestantów. Bardzo się to zmieniło, ale może im jest lżej tak żyć?

Rok ma 365 dni. Ile z tych dni Pani jest u siebie, w ojczyźnie?

Nie wiem, bywa różnie. W tym roku jestem dość długo, bo byłam tylko w Stanach Zjednoczonych. Teraz wybieram się na Węgry, a następnie do Nowej Gwinei i Etiopii, ale jeżdżę też po Polsce i odkrywam ją. Kiedyś były "Pieprz i wanilia", potem "Groch i kapusta", teraz "Polska znana i mniej znana". W tym miesiącu właśnie wychodzi drugi tom. Cieszę się, że mogę pokazać Polakom, jaki mają piękny i ciekawy kraj. W tym tomie będzie pięć rozdziałów o województwie zachodniopomorskim, gdzie widziałam ponad trzydzieści pięknych kościołów romańsko-gotyckich, dwa miasta otoczone jeszcze murami – Trzcińsko Zdrój i Moryń. Kto o tym wie? Mówi się, że polskie Carcassonne to Paczków, Szydłów. A nikt nie wie o Trzcińsku i Moryniu, więc postanowiłam pokazać właśnie to. A w tym roku wybieram się na podróż do środkowej części województwa zachodniopomorskiego. Wybieram się na Dolny Śląsk, tropem pałaców i zamków, których tam jest więcej aniżeli nad Loarą. Przede wszystkim Polska to taki ciekawy kraj. Jak tylko mogę, to jadę gdzieś nad Biebrzę. Albo w moje ukochane Bieszczady, jestem obywatelem honorowym Ustrzyk Górnych.

Biebrza przyciąga ludzi z różnych zakątków...

Ja też jestem biebrznięta. (śmiech)

Powiedziała Pani, że woli rozmawiać o przyszłości niż o przeszłości. Przecież ma Pani tyle wspomnień...

Przyszłość jest dla mnie najważniejsza, przeszłość już była. To co ciekawe, to to, co się dzieje teraz i to, co będzie potem. Mam nadzieję, że moja przyszłość przyniesie mi wiele pięknych podróży, wiele wspaniałych przeżyć. Nie uważam, się za staruszkę. W przyszłym roku kończę dopiero osiemdziesiąt lat (śmiech). Na starość może pojadę na Bora-Bora i będę się opalała pod zakurzoną palmą. (śmiech) Chociaż, nie, nie będę się opalała, bo to bez sensu. Po co się opalać?... Natomiast lubię pływać. Wolę w ciepłej wodzie morskiej albo w jeziornej, aniżeli w basenach. Uważam, że dużo jest przede mną. Uważam, że starość to jest stan umysłu, niezależnie od wieku. Trzeba chcieć, trzeba mieć marzenia i je realizować i nie poddawać się. Jak jest problem, to nie można narzekać tylko starać się go rozwiązać. Jak się jedno nie uda, to pomyśleć o innym.

Elżbieta Dzikowska w plemieniu Miao (płd. Chiny): żeby wejść do wioski musi wypić carkę miejscowego alkoholu
Elżbieta Dzikowska w plemieniu Miao (płd. Chiny): żeby wejść do wioski musi wypić carkę miejscowego alkoholu

Zawsze jest przecież kilka wyjść...

Zawsze mi się udawało. Nigdy nie rezygnowałam. Przecież doprowadziłam do wzniesienia pomnika Ernesta Malinowskiego, najwyżej na świecie. Tylko dlatego że nigdy nie pomyślałam, że mi się to nie uda. (śmiech) Poświęciłam temu w tamtym okresie całą swoją energię - i stało się.

I Pani, tak zawsze z tą bronią, o której mówił Ryszard Kapuściński - z bronią w postaci uśmiechu.

Oczywiście! Przyjaźniliśmy się z Ryszardem wiele lat, jest dla mnie dobrym wzorem.

Powiedziała Pani "Nie wyobrażam sobie, żeby moje życie ograniczało się do małego miasteczka na Podlasiu, w którym się urodziłam. To, że muszę się uczyć aby wyrwać się do świata, było dla mnie oczywiste." Jak Pani wspomina tamto Podlasie?

Wspomnieniom towarzyszy coraz mniej emocji. Jestem bardziej związana z Bieszczadami, Ustrzykami Górnymi, aniżeli z Podlasiem, aczkolwiek przyjaźnię się z dwoma mieszkańcami Międzyrzecza Podlaskiego po dziś dzień. Jeden to Leszek Sokołowski, który zdobył tytuł Największego Króla Łgarzy. Wywodzi się z Warszawy, a drugi to Ryszard Kornacki, poeta z Lublina. Mam sentyment. Nie mogę powiedzieć, że jest mi to obojętne miasto, bo jest to moje miasto. Niedawno pojechałam tam na koncert Sławy Przybylskiej, która też urodziła się w Międzyrzecu i też jest obywatelką honorową tego miasta, więc nic dziwnego, że tam własnie obchodzila 60-lecie swojej pracy artystycznej. Podchodziły do mnie jakieś kobiety, mężczyźni, których nie poznawałam. Później okazywało się, kto to jest, moi koledzy ze szkoły, ale tak mocno się pozmieniali! Podlasie w ogóle bardzo lubię, bo tam są ludzie inni, życzliwsi, milsi, bardziej gościnni. Różne szlaki odbyłam po Podlasiu, m.in. odkryłam szlak tatarski - Kruszyniany, Bohoniki, Sokółka. To są piękne szlaki, piękni ludzie, i może dlatego, że panowała tam wieloetniczność, że są ludzie bardziej przemieszani, bardziej się rozumieją. Podlasiacy to dobrzy ludzie. Lubię Podlasie. Genetycznie i emocjonalnie jestem związana z tym regionem.

Elżbieta Dzikowska.
Elżbieta Dzikowska.

Z jednej strony widzi się Pani na Manhattanie, z drugie strony w Bieszczadach. Kocha Pani ten tłok i bieganinę wielkomiejską, ale z drugiej strony zieleń, spokój. Gdyby Pani musiała wybrać, tu czy tu?

Manhattan. Tam się jest zmuszonym do rozwoju. Tam się nie chodzi, a biega. Tam jest tyle możliwości korzystania z kultury. Moim hymnem długo była piosenka Marka Bernesa "Ja lublu tiebia, żyzń", "Kak ja sczastliw, czto niet mnie pokoja". Ja jestem zadowolona, że nie ma we mnie spokoju, że mnie ciąga, pędzi, gna... jeszcze.

Tę piosenkę śpiewali Państwo często z Tonym Halikiem w samochodzie?

Tak. Śpiewaliśmy jeszcze piosenki Okudżawy, mieliśmy ze sobą płyty Sławy Przybylskiej, znaliśmy wszystkie piosenki po polsku Okudżawy i z radością je śpiewaliśmy. Co to był za czas.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Piotr Sawczuk

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE