Dostarczamy HUMANistycznych inspiracji - ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU! Albo od razu polub
Strój przeciwko ustrojowi

Strój przeciwko ustrojowi

Humanmag

Teraz, z pespektywy lat, patrzę na tamte projektanckie wyczyny z rozbawieniem mieszanym ze wzruszeniem. Naiwne to było, nieudolne, jednak – oryginalne. Z klimatem, z emocjami. Bo każda rzecz to było małe zwycięstwo odniesione nad rzeczywistością. Może tego podświadomie zazdroszczą nam młode pokolenia?

Redakcja HUMANMAG.pl
Wtorek, 25 Kwietnia 2017

  • Skomentuj

Ona nadeszła z początkiem nowego milenium.
Co? Moda na dizajn z peerelu.
Przedmioty użytkowe, meble, ciuchy i akcesoria z tamtych lat doczekały się rewindykacji. Nie inaczej z filmami, muzyką, smakami i przepisami.

Czy to przejaw resentymentów?

Skąd! Tej modzie bynajmniej nie towarzyszy łkanie „komuno, wróć!”  Wprawdzie trend wylansowali ludzie urodzeni w czasie Gierkowskiego „dobrobytu”, jednak podchwycili i udynamicznili młodsi, którzy przyszli na świat pod koniec minionego ustroju i pamiętali go przez mgłę, głównie za sprawą rodziców lub dziadków. Jako ostatni tendencję przyswoiła sobie generacja weteranów, dobrze pamiętających socjalizm. I dziś to już nie obciach rozczulić „Misiem” Stanisława Barei, potańczyć przy hitach Alibabek, zacytować kawałki ze skeczów kabaretu Tey.

Dobrą passę dla rzeczy made in PRL zapoczątkowały wystawy. Jaskółką była prezentacja w warszawskim Muzeum Narodowym „Rzeczy pospolite. Polskie wyroby 1899-1999”; kilka miesięcy później w stołecznej Zachęcie furorę robiła ekspozycja „Szare w kolorze 1956-1970”. I się rozkręciło.

Od tamtej pory na wyrywki zaczęto przywoływać to, co w tamtym półwieczu mieliśmy najlepszego. Przypomnieliśmy sobie nasze plakaty (mieliśmy przecież słynną na cały świat „szkołę”!), tkaniny (międzynarodowe sukcesy Magdaleny Abakanowicz!), teatr eksperymentalny (Jerzy Grotowski i Laboratorium, Tadeusz Kantor i jego Cricot!), nowatorskie pod względem szaty gracznej pismo „Ty i ja”, pionierskie porady modowe Barbary Ho i jej Hoand... A Wojciech Fangor, Henryk Tomaszewski, Wojciech Zamecznik, a Kabaret Starszych Panów?

Nawet na pseudomodernistyczną architekturę, kostropate dziełka z żelastwa zwane metaloplastyką, neony udające wielkoświatowość czy arcydzieła motoryzacji z pretensjami do nowoczesności spojrzano po nowemu, bez uprzedzeń. Ba, nadano im status „kultowych”. O to wszystko upomnieli się ci, którzy nie pamiętali kiecek kombinowanych z tetry, octu w spożywczakach zamiast czegokolwiek innego, paszportów wydawanych przez specjalne organa, kolejek po papier toaletowy, dezodorant, mydło...

Kiedy dwa lata temu przygotowywałam do druku książkę-pamiętnik, traktującą o sztuce i kulinariach schyłkowego okresu komuny i pierwszych latach potransformacyjnych, wydawca poprosił, żebym tytuł główny – „Życie na przekąskę” – rozwinęła podtytułem. Ostatecznie do druku poszła wersja z następującym opisem: „Życie na przekąskę. Pustki w sklepach, pełnia w kulturze czyli opowieści nie tylko z PRL”. Co więcej, wiadomy akronim został wyróżniony tłustą czcionką i rzucającym się w oczy kolorem. Tak samo jak tytuł. W tym samym czasie Aleksandra Boćkowska opublikowała dziełko pod nazwą „To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL”.Dotarło do mnie: PRL stał się chwytem promocyjnym.

Za ciosem poszło wielu. Całkiem niedawno Wojciech Grabowski, projektant i scenarzysta, wziął na warsztat „Dizajn tamtych czasów”. W serii nader osobistych miniesejów wyznał, z czym kojarzyło mu się radio ramona, samochody mikrus i syrena, tramwaj 102N czy katowickie „filiżanki” (proszę nie myśleć, że chodzi o naczynia – tak określano wielgachne betonowe „donice” na kwiaty umieszczane w przestrzeni miasta).

Zastanawiam się – co stanowi o uroku peerelowskiego wzornictwa? I dochodzę do wniosku, że w przeciwieństwie do wytworów globalnego przemysłu, pozbawionych  znaków szczególnych, tamte produkty (tak użytkowe jak artystyczne) wyróżniały się pewnymi walorami. Pomimo technologicznych niedostatków, nosiły piętno intelektualnego wysiłku i kreatywności. Niemal każda rzecz „pospolita” okazywała się niepospolita. I to zarówno w skali masowej jak w indywidualnej, chałupniczej wytwórczości. Pamiętam, jak na użytek własny tudzież koleżanek przerabiałam stare swetry i trykoty  w kreacje ze skrawków – czyli patchworki. Albo – zdobiłam wysłużone łachy haftami, paciorkami, aplikacjami. Niepowtarzalne rękodzieła, które cieszyły niemniej niż markowe stroje. Nie ja jedna okazywałam się tak zaradna. Wiele dziewczyn podobnie podchodziło do ubraniowej kwestii. Nie ma w sklepach, trudno, poradzimy sobie. Od czego pomysłowość?

Teraz, z pespektywy lat, patrzę na tamte projektanckie wyczyny z rozbawieniem mieszanym ze wzruszeniem. Naiwne to było, nieudolne, jednak – oryginalne. Z klimatem, z emocjami. Bo każda rzecz to było małe zwycięstwo odniesione nad rzeczywistością. Może tego podświadomie zazdroszczą nam młode pokolenia?

Monika Małkowska
Absolwentka warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Krytyczka sztuki, popularyzatorka kultury. Do 1990 roku wystawiała obrazy i rysunki, aranżowała wystawy, projektowała ciuchy, szyła patchworki. Od 1994 związana z „Rzeczpospolitą” i innymi mediami (radio, telewizja, prasa). Wykładała na Europejskiej Akademii Sztuk i w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza. W latach 2009-2014 prowadziła zajęcia na Wydziale Sztuki Mediów i Scenografii warszawskiej ASP, gdzie w 2011 uzyskała tytuł doktora za pracę „Niech sczezną krytycy!” Od 2013 wykłada na Wydziale Reżyserii stołecznej Akademii Teatralnej. Od 2014 prowadzi blog o kulturze MOMArt. Autorka książek
o modzie, kulturze i jedzeniu. W 2015 ukazała się książka „Życie na przekąskę” (wyd. Świat Książki).

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE