Dostarczamy HUMANistycznych inspiracji - ZNAJDŹ NAS NA FACEBOOKU! Albo od razu polub
Czekanie na czas

Czekanie na czas

Humanmag

Początek roku to pora zaklęć i obietnic. Przede wszystkim składanych sobie i niosących wewnętrzne zobowiązania do zaprowadzenia zmiany. Układamy listy postanowień, tłoczymy się w siłowniach, kolejkach do dietetyków i gabinetów terapeutycznych.

Paulina Wilk
Poniedziałek, 13 Marca 2017

  • Skomentuj

Jesteśmy pełni nie tyle nadziei, co stanowczych przekonań, że lada dzień zaczniemy się nowi my. Wszystko, co niechciane, odepchniemy w przeszłość. Przed sobą mamy tylko możliwości. Jest w tej iluzji coś urokliwego: dziecięca wiara w panowanie nad czasem, chęć krojenia go na kawałki i układania swego życia wyłącznie z wybranych klocków. Ale jest i coś mroczniejszego.

Dążenie do przemiany przeistoczyło się w przymus jej doznawania i stoi w sprzeczności z tradycjami, które kształtowały europejskie umysły, ale również z wytrzymałością człowieka współczesnego. Dawniej początek roku był karnawałowym przyzwoleniem na zbytek, teraz – po całorocznym karnawale – wdrażamy noworoczne odchudzanie i dyscyplinę. Świat od stycznia do grudnia wrzuca nas w tak wiele sytuacji zmian i nakazuje błyskawiczną adaptację, że najbardziej marzą się nam odpoczynek oraz przestój. Umiejętność hamowania i pozostawania w bezruchu stała się arcytrudna. Do tego stopnia, że uczymy się – na kursach, terapiach i szkoleniach – jak robić nic, jak prawidłowo wdychać i wydychać powietrze, jak przeżywać czas i ciszę, a nie przepędzać je i zagłuszać, nie zapychać aktywnościami. Dorośli ludzie, w szczególności ci, którzy osiągnęli sukces, są skłonni płacić za sesje i wizyty zapewniające zatrzymanie oraz instrukcje obsługi własnego zmęczenia, przesilenia nadmiarem zmian.

Chyba już tylko dzieci są zdolne do leniuchowania. Nie cierpią, gdy się je ciągnie na rodzinne spacery. Ociągają się i udają, że nie słyszą – nawoływane do pomocy, do zrobienia czegoś. Zahipnotyzowane elektroniczną magią chętnie poddają swoje umysły animowanym zaklęciom, gdy ich małe ciała rozkładają się i rozsiadają swobodnie, pauzują. Jednak sposób, w jaki od kilkuset lat zarządzamy czasem, zajrzał także do krainy niewinności. Psychologowie alarmują, że dzieci nie znają pojęcia nudy. Tracą zdolność wiszenia na trzepaku, dyndania do góry nogami – bez powodu, bez poczucia płynących minut.

Zdołaliśmy przemienić czas w przeciwnika. Jeśli o nim mówimy, to w kategoriach niedostatku. Że go nie mamy, nie wystarcza. Albo że leci jak szalony. A jego upływ nas zasmuca. I że gdy już go mieć będziemy, zdarzy się nareszcie to, czego sobie życzymy. Wszystko upragnione przekładane jest na jakieś „potem“, skrywane zwykle w ramach weekendów i urlopów, które zwykle okazują się zbyt ciasne, za szybko przemijają. Odpoczynek okazuje się zagrożeniem – uwalnia zagłuszone pokłady frustracji, jako czas bez przemian może stać się momentem, w którym dogonią nas wszystkie ich konsekwencje. Być może dlatego coraz chętniej wykupujemy „aktywne wakacje“ – czternastodniowy pakiet atrakcji i wrażeń, które pozwolą udawać odpoczynek i uniknąć zapaści, jaka grozi po zbyt gwałtownym hamowaniu.

Przestaliśmy postrzegać siebie jako cząstki czasu, ogromu przejawiającego się także w naszym istnieniu, codziennych i przyziemnych sprawach. Jako ludzkość podejmujemy wysiłki, by czas przekroczyć, planujemy pokonanie jego skutków, wręcz jego biologiczne zatrzymanie lub cofnięcie. Jak gdyby miał jedynie niszczący wpływ na to, kim jesteśmy. Kult młodości powiązany z filozofią „czas to pieniądz“ wywołały całkowite przemeblowanie naszej relacji z nim. Przy okazji zredefiniowaliśmy także zmianę. Dawniej to czas ją przynosił, trzeba było na nią czekać, a potem przyzwyczajać się, odnajdować na nowo. Teraz przemiany są prowokowane, uchodzą za dowody postępu i rozwoju, same stały się przedmiotem modyfikacji – niektóre staramy się powstrzymać, inne chcemy przyspieszać i potęgować.

Wydajemy pieniądze na badania naukowe zatrzymujące procesy starzenia i na operacje plastyczne. Objawy upływu lat to znamiona choroby, którą mamy nadzieję wyplenić, jak gruźlicę czy polio. Do pewnego stopnia udaje się – można coraz dłużej wyglądać młodo, a niektórzy zachowują także młodość ducha i umysłu. Powstrzymujemy zmiany naszych ciał i mózgów, aby pozostały jak najdłużej aktywne i zdolne do... zmian.

 

Odnawianie, odradzanie się komórek służy za metaforę życia pełnego aktualizacji. Polubiliśmy początki, jako konsumenci nie mamy już żalu do ubrań rozpadających się po jednym sezonie, już nie marzymy o przedwojennych jesionkach, które przetrwały szalone lata 20., 30., a potem całą wojnę. Właściwie cieszymy się, że dokładnie po dwóch latach zaczynają zawodzić smartfony – jest okazja do wyczyszczenia danych, połączenia się ze światem jeszcze szybciej i inteligentniej. Nietrwałość okoliczności, w których żyjemy, już nie doskwiera. Nauczyliśmy się gry w lepiej i słabiej przystosowanych. Trwa bieg z przeszkodami, które utrzymują nas w formie i nie pozwalają osiadać. Wszechobecność mutacji i udoskonalania sprawia, że podobne oczekiwania mamy wobec siebie: chcemy stawać się inni.

Nie wiadomo jednak, czy głęboka, istotna przemiana jest jeszcze możliwa. Czy umielibyśmy ją przeżyć? Nie zamanifestować czy powierzchownie się w nią przystroić, ale naprawdę i do szpiku poczuć. Aby tak się stało, potrzebne jest spowolnienie i wyciągnięta z lamusa umiejętność czekania na to, co czas pokaże.

fot. Marcin Łobaczewski

REKOMENDOWANE DLA CIEBIE